Pierwsza samodzielna termika


6 października 2012

Po wylaszowniu Muszki przyszedł czas na zaliczenie terminki instruktorskiej.  W locie, który trwa 2,5h można się sporo nauczyć i pod okiem instruktora skorygować błędy. Piękne widoki z ponad 1000m wynagradzają niewygodę, którą zaczyna się czuć po dwóch godzinach siedzenia praktycznie w bezruchu. Krążenie wcale nie jest takie trudne i da się to opanować, wymaga jednak maksymalnego skupienia, aby nie wypaść z komina :) Z pozoru niewinnie wyglądająca chmura pod samą podstawą potrafi ciągnąć do góry mimo otwartych hamulców.

Po dwóch godzinach oglądania świata z wysokości 1000m lądowanie jest dość wymagające  – wszystko nagle jest takie duże i tak blisko szybowca – zupełnie inna perspektywa niż po locie na kręgu.  Ważne jest tu przygotowanie oczu do lądowania – podczas prostej między drugim i trzecim zakrętem dobrze jest przez chwilę pooglądać własne paznokcie.

Następnie nadszedł czas na pierwszą samodzielną termikę. Na niebie piękne cummulusy, tak więc mimo środka tygodnia popędziłam na lotnisko – jako że była już prawie 15, moja ukochana Muszka wisiała w powietrzu, a na starcie stał stary poczciwy Puchatek. Hmm, nie był to mój szczyt marzeń, ale cóż – decyduję się nim lecieć. Sama. Holówka ciąga mnie po całym niebie szukając jakiegoś noszenia, aż w końcu zostawia mnie na 800m nad Knurowem.  Niby jest jakieś noszenie, ale je gubię, próbując zlokalizować lotnisko. Próba odszukania noszenia się nie powiodła, próbuję je znaleźć, ale wysokość topnieje, 700m, 600m, hmm, muszę wracać w stronę lotniska, po drodze żadnej chmurki, wysokość coraz mniejsza, tak więc ku zdziwieniu instruktorów ląduję.  18 minut. Na pocieszenie zaraz za mną zrobił się tłok i wylądowała większość szybowców, następnie poleciało dwóch instruktorów, którzy też zaraz wylądowali – warunki się skończyły.

Kolejna próba lotu termicznego odbyła się w piękną sobotę – poleciałam moją ukochaną Muszką, po wyczepieniu na 600m od razu znalazłam komin i wykręciłam się do 1400m, potem musiałam otworzyć hamulce, bo doleciałam do podstawy chmury, i tak kilka razy – pokrążyłam raz w lewo, raz w prawo, na większych i mniejszych prędkościach, aby lepiej wyczuć  szybowiec, który prawie sam lata – jak dla mnie jest rewelacyjny mimo swoich ponad 50 lat ;) Po 1:30 zaczęłam czuć znużenie i postanowiłam obniżyć lot i lądować – wystarczy jak na pierwszy samodzielny lot termiczny – w sumie 1:45 :)

Aktualnie warunki termiczne już nas nie rozpieszczają, w końcu mamy październik, tak więc nawet kilka minut lotu w noszeniu 0-0,5m/s cieszy i pozwala zdobyć kolejne doświadczenia.

Na szczęście przede mną jeszcze aeroklubowy wyjazd do Bezmiechowej i loty żaglowe :)

 

 

 

Zobacz także:


Leave a Reply